|
|

Natka jest typową
przedstawicielką rasy burasko-tygrysków. Przybyła do mnie jesienią
2000 roku z Kociego Azylu w Konstancinie. Kiedy tylko pani Irena prowadząca
Azyl przyniosła Natkę na rękach, od razu ją pokochałam i choć
obejrzałam także inne kocięta - to już wiedziałam, że wezmę tego
pierwszego czyli Natkę. Była malutka (ok. 2 miesięcy) i niezwykle
spokojna ale jednocześnie ciekawa wszystkiego, co działo się dookoła.
Ponieważ nie znałam jej dokładnej daty urodzenia, ustalone zostało,
że datą umowną będzie 7-07-2000. Może ta data składająca się z aż
dwóch siódemek, przyniesie jej szczęście... Natka jest Natką nie
dlatego, że jest szczerbatka, ale po prostu było to pierwsze imię
jakie przyszło mi do głowy, kiedy wiozłam ją do domu, a ona płakała
w transporterze na tylnym siedzeniu samochodu.
Obecnie Natka to dorosła kociczka z własnym
charakterem. Potrafi być niezwykle czuła i delikatna - wtedy mruczy
rozkosznie i ładuje się na kolana, aby ja głaskać. Jest dość
nieufna w stosunku do obcych, w przeciwieństwie do Myszkina. Może też
dlatego kocham ją tak bardzo -- bo jest "taka tylko moja".
Czasami sprawia, że płaczę za śmiechu - na przykład wtedy gdy
"warczy" na wodę w WC. Opiera się przednimi łapkami o deskę
klozetową i usiłuje walczyć ze spuszczaną wodą. Nie lubi też
odkurzacza i gdy jest on włączony, chowa się w najodleglejszym kącie
mieszkania czekając, aż ten potwór przestanie ryczeć.

O Myszkinie można
spokojnie powiedzieć, że jest kotem internetowym, ponieważ właśnie
dzięki internetowi trafił do mojego domu. Przeglądając moje ulubione
internetowe Forum o kotach trafiłam
na temat "Kto chce Buraska ze Strony Adopcyjnej?" Ponieważ już
wcześniej planowałam przygarnięcie kocurka, zajrzałam na Stronę
Adopcyjną forum i znalazłam zdjęcia Myszkina. Potem jeszcze poprosiłam
opiekunkę kotka, Kasię, o podanie większej ilości szczegółów i...
zdecydowałam się! Po dwóch tygodniach czyli dokładnie 13 stycznia
2003 Myszkin wyruszył w swoją pierwszą w życiu dłuższa podróż z
Lublina do Warszawy i tak oto znalazł się u mnie wywołując ogólne
poruszenie domowników, a zwłaszcza Natki.
Pierwsze chwile były dość trudne. Koty syczały na siebie groźnie, a
dwie pierwsze noce Myszkin przepłakał z tęsknoty za swoją kocią mamą,
która została u Kasi w Lublinie.
Na szczęście kotek szybko przyzwyczajał się do nowego otoczenia i już
po kilku dniach był u nas zadomowiony. Natka zachowała się bardzo
odpowiedzialnie, zapewniając małemu matczyną opiekę. Teraz bardzo często
troskliwie wylizuje uszka Myszkina, ogonek i w ogóle całego Myszkina.
Nie spodziewałam się tak ogromnej zażyłości pomiędzy kotami i to w
tak krótkim czasie.
Myszkin jest kotkiem bardzo energicznym i nieco psotnym. Kocha dosłownie
wszystkich!!! -- pozwala się nosić na rękach nawet małym dzieciom.
Jednak gdy zmęczy go już zabawa, wtedy jest milutką słodką
przytulanką.
Kocio urodził
się 26 sierpnia 2002 na terenie ogródków działkowych na osiedlu Ruta
w dzielnicy Czuby w Lublinie. W miocie było ich pięcioro. Mały miał
szczęście bo pozostałe kotki uśpiono :-( Jednego kotka pozostawiono
matce w myśl zasady, że jednego trzeba kocicy zostawić.
Po jakimś miesiącu pani, która opiekowała się nimi na działce,
zdecydowała wziąć małego z mamą do domu. Potem kotki trafiły
do Kasi. I tak, w końcu Myszkin znalazł się u mnie...
Galeria
moich kotów

Krótka
historia kota, który sprawił,
że pokochałam koty
BEN
zwany też... ŻARŁOCZKIEM
A
było to tak. W 1994 mieszkałam w Anglii. Tam jest dużo kotów i
koty te są kotami wychodzącymi. Pewnego razu po powrocie do domu
zastałam pod drzwiami JEGO. Był piękny, długowłosy, dostojny, o
niesamowicie groźnym wyglądzie. Nie przestraszył się, tylko
najspokojniej w świecie czekał, aż otworzę drzwi do domu. Kiedy
już je otworzyłam, po prostu wszedł do środka i zaczął obwąchiwanie.
Zachowywał się tak, jakby robił rekonesans - czy ten dom jest dla
niego dobry i czy może zostać w nim na dłużej. Kocur oczywiście
nie wyglądał na bezpańskiego!!!
Ponieważ był śliczny i taki puchaty, chciałam go wziąć na ręce.
On nie wyrywał się ani nie drapał, tylko po prostu syknął
ostrzegawczo jakby chciał powiedzieć "nie rób tego". Więcej
nie próbowałam. Po tym kilkunastominutowym rekonesansie Ben wyszedł
tym samym wejściem, którym wszedł. Myślałam, ze więcej go nie
zobaczę. Kiedy wrócili inni domownicy, cały czas paplałam o tym,
jakiego miałam gościa. Nie mogłam przestać o nim myśleć.
Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu i wielkiej radości, następnego
dnia Ben wrócił. Dałam mu jeść a on zjadł wszystko i dostał
przydomek Żarłoczek - facet lubił pojeść.
I tak zaczął przychodzić... codziennie. Można go było karmić,
podziwiać, czasami pogłaskać, ale nie spoufalał się z nikim.
I pewnego dnia, po ok. 2 tygodniach, kiedy siedziałam sobie na
fotelu oglądając TV, Ben wszedł na moje kolana i po dłuższym
czasie ugniatanka położył się i zaczął mruczeć. Jezuuuuuu, co
to było za mruczenie. Wibrował kot i wszystko wokół niego. Poczułam
się tak WYRÓŻNIONA, że nie śmiałam się ruszyć. To był dzień
przełomowy w moich kontaktach z Benem. Od tej pory codziennie rano
siadałam na fotelu, a on wchodził mi na kolana, dłuuuuuugo
ugniatał, a potem leżał i nieprzerwanie mruczał. Choć w domu
mieszkało kilka osób, on zauważał tylko mnie. Inni mogli go głaskać
i karmić, ale tylko ze mną chciał się pieścić. Jeżeli inna
osoba brała go na ręce, wydawał ten swój ssssyk znaczący
"odstaw mnie natychmiast na podłogę!!!". Ben był
naprawdę niezwykły. NIGDY nie widziałam, aby biegał czy robił
cokolwiek w pośpiechu. Był dostojny i powolny niczym Książe czy
hrabia.
Przez cały ten czas, a trwało to już kilka tygodni, Ben noce spędzał
poza naszym domem. Domyślałam się, że wraca do swoich innych
ludzi. Pewnego dnia rano przyszedł do mnie w nowej, ślicznej
zielonej obróżce z imieniem (wtedy dowiedziałam się jak ma na
imię!) i numerem telefonu. Ale nowa obróżka niczego w naszych
kontaktach nie zmieniła. Nadal przychodził na całe dnie, a
czasami na noce. Przychodził i wychodził kiedy chciał, bo działo
się to latem i drzwi ogrodowe zostawiałam uchylone.
Po kilku miesiącach Ben zniknął. Nigdy więcej nie przyszedł i
więcej go nie zobaczyłam. Nie dowiedziałam się, co się z nim
stało. Wypytywałam sąsiadów, ale nikt nic nie wiedział. Domyślałam
się, że jego "legalni" ludzie musieli się przeprowadzić
a on razem a nimi. Niestety, nie zapisałam numeru telefonu, który
Ben miał na obróżce i tylko mogłam się domyślać.
Ale to właśnie Ben sprawił, ze pokochałam koty. Wcześniej byłam
psiarą, a koty uważałam za milutkie, ale nie miałam do nich
szczególnie emocjonalnego podejścia. Załączam zdjęcia.
Jak Ben szedł to nigdy nie trzymał wysoko podniesionego ogona. Swój
długaśny ogon ciągnął za sobą niczym tren. To był naprawdę
niesamowity kot.
ZUZIA
(1998-2000)

Zuzia - pierwszy "mój
własny" kotek. Zabrana ze schroniska w Płocku, spędziła ze mną
dwa szczęśliwe i cudowne lata.
16 października 2000 zaginęła i jak się później okazało została
zagryziona przez psa sąsiadów. Od tamtej pory wszystkie moje koty są i
zawsze będą kotami niewychodzącymi. I nie jest prawdą, że są mniej
szczęśliwe.

Strona
główna
|